Dlaczego mnie bijesz? - Rozmowa z Aleksandrą Cyran-Żuczkowską

Czy wychowanie bez klapsa jest w ogóle możliwe?

Jestem przekonana, że tak, choć, muszę przyznać, sama zaczynałam od klapsów. Zdarzyło mi się uderzyć mojego syna lub córkę. Nie było w tym żadnej winy dzieci, wynikało raczej z mojej słabości. Poza tym sama byłam tak wychowana, więc dawanie klapsów przychodziło mi łatwiej niż kontakt z dziećmi.

Propaguje Pani metodę Marshalla Resenberga: porozumienie bez przemocy. Na czym ta metoda polega?

Chodzi o to, by szczerze wyrażać to, czego się chce, pragnie i dążyć do tego by to osiągnąć, szanując jednocześnie uczucia i potrzeby innych. Zwracać się do innych w taki sposób, by zachęcać ich do współpracy, bez wywierania presji, zmuszania czy manipulowania. Sednem metody jest porozumienie i kontakt.

W jaki sposób należy się zwracać do dziecka stosując tę metodę?

To nie są jakieś określone gesty czy słowa, choć metoda na pierwszy rzut oka przypomina naukę nowego języka. Poznając ją rodzice przede wszystkim uczą się słyszeć, co wyraża dziecko, dostrzegać jego uczucia i potrzeby ukryte za czasem niezrozumiałymi dla nich zachowaniami. Uświadamiają sobie, że dziecko to mały, ciekawy świata człowiek, który też ma swoje potrzeby, a jeśli chce czegoś na co nie pozwalają dorośli, to nie dlatego, że to jest złe, ale np. niebezpieczne. Czasem wystarczy zatrzymać się przy dziecku, skupić uwagę na tym, co się w nim dzieje. W relacjach z dzieckiem potrzebny jest kontakt wzrokowy, dotykowy, wzięcie za rękę.

Czy potrafiłaby Pani wskazać jakąkolwiek sytuację, gdy uderzenie dziecka jest uzasadnione?


Nie ma takich sytuacji. Oczywiście zdarza się, mocno szarpnąć dziecko, które wybiega przed nadjeżdżający samochód, albo o mały włos nie wpadło do rzeki. Ważna jest intencja z jaką to robimy. Stosujemy siłę, aby ochronić dziecko, a nie po to, by je skarcić.
W Polsce istnieje przyzwolenie na przemoc wobec dzieci. Moim zdaniem wynika to z powszechnego u nas przekonania, że poprzez wymuszanie i klapsy jesteśmy w stanie czegoś nauczyć. Dzieci traktowane są jak własność rodziców a ich wychowanie jako zupełnie prywatna sprawa rodziny. W efekcie, jak wskazują statystyki, jesteśmy krajem, w którym bardzo często dochodzi do bicia. Rodzice mają prawo wychowywać dzieci zgodnie ze swoimi wartościami, ale dziecko nie jest ich własnością. Jest własnością samego siebie, a według wierzących jest też własnością Boga. Bicie dzieci jest sprzeczne z deklarowanym przez Polaków katolicyzmem i duchowością.

Wielu rodziców utożsamia bezwarunkową miłość do dzieci z pozwalaniem im na wszystko, co chcą i poświęcaniem swoich potrzeb dla ich dobra. To chyba nie o to chodzi?

Absolutnie nie! Nie można pozwalać na wszystko. Wtedy dzieci byłyby zagubione i zdezorientowane. Dziecko potrzebuje bezpieczeństwa, struktury, informacji. Ono ma swoje potrzeby, ale rodzic także je ma. Na przykład potrzebę bezpieczeństwa, albo odpoczynku. Jeśli zabraniamy czegoś dziecku, to nie dlatego, że to jest „złe”, albo, że ono jest „złe”. Lęk przed „złem” nie motywuje do rozwoju ani do miłości. Wychowanie to nie przeciąganie liny. Trzeba usiąść i poszukać wielu łączących nas więzi, czyli potrzeb, które możemy zaspokoić wspólnie. Potrzeby są czymś uniwersalnym. Otwarte mówienie o nich, jest najlepszą według mnie drogą do wspólnych, pełnych szacunku i miłości rozwiązań.

Dziękuję za rozmowę.


Jolanta Tęcza-Ćwierz